Coby White – mój nowy ulubiony zawodnik

Gdy dwudziestego czerwca 2019 roku odbywał się coroczny draft w NBA, oczy całego koszykarskiego świata zwrócone były w kierunku koszykarskiego fenomenu jakim jest Zion Williamson. Jednak wśród graczy stojących obok komisarza ligi Adama Silvera trudno było przeoczyć chłopaka z charakterystyczną fryzurą. Alec Jacoby „Coby”  White nie wiedzieć dlaczego z miejsca zyskał moją sympatię. Może to ta wspomniana fryzura przypominająca mop albo po prostu życzliwość uderzająca z twarzy chłopaka pochodzącego z Goldsboro w Karolinie Północnej. W momencie kiedy Chicago Bulls ogłaszali, że z numerem siódmym decydują się na wybór rozgrywającego wszystko ładnie spięło się klamrą. W końcu był już jeden słynny gracz z Uniwersytetu North Caroline, który wyniósł  Byki na wyżyny.

Początek

Z każdą kolejną stroną na której czytałem o naszym bohaterze zyskiwałem do niego coraz większą sympatię oraz szacunek. Niewiele osób w tak młodym wieku przeżyło tyle co ten chłopak. Zacznijmy jednak od początku. Coby wychował się wraz z bratem i siostrą w małym mieście w Karolinie Północnej. Jego mama Bonita pracowała w firmie ubezpieczeniowej a tata Donald, znany jako DOC zarabiał na życie w fabryce gdzie przeważnie funkcjonował na nocnych zmianach.  Ojciec  zawsze był ostoją rodziny i robił wszystko żeby tylko zapewnić bliskim godne życie. Było to wyczerpujące zajęcie ale Doc nigdy nie narzekał, jedyne czego potrzebował to zobaczyć uśmiechy na twarzach dzieci i drzemki w dzień na kanapie żeby odpocząć po trudach pracy.

Donald „Doc” White

To ojciec włożył piłkę do rąk naszego bohatera, zresztą senior sam grał w koszykówkę w North Carolina Central i jeśli wierzyć jego opowieścią potrafił zdobyć w meczu nawet 40 punktów. Tych historii było zresztą więcej i ciężko stwierdzić czy były one prawdą czy nie. Jednak dla ośmiolatka jego tata i tak jawił się jako superbohater.  Kiedy Coby wracał po szkole, odrobił lekcję i szedł porzucać do kosza za domem, Doc często przerywał drzemkę i szedł pograć z synami. Był trochę starszy od innych ojców więc nie zajęło długo zanim zaczęli z nim wygrywać. Jego  oldschoolowy arsenał rzutów o tablicę nie sprawdzał się z rzutami dystansowymi Coby’ego w grze w HORSE.

Donald White był staromodnym człowiekiem, oznaczało to, że zawsze chciał być blisko ludzi i nawiązywać z nimi kontakt. Kiedy do jego syna przychodzili koledzy zawsze lubił spędzać z nimi czas. Rozmawiał z nimi a czasem nawet do nich dzwonił. Dla młodego  pokolenia mogło to wydawać się dziwne ale taki po prostu był.  Nie miał problemów z okazywaniem uczuć i zawsze całował swoje dziecko w policzek, nie tylko na specjalne okazje jak Nowy Rok czy urodziny ale na co dzień. Nie bał się pokazać wszystkim, że kocha swojego syna. I kiedy Coby patrzy na to wstecz myśli, że to wielka rzecz.

Trudny czas

Kiedy kariera Coby’ego zaczynała nabierać tempa z  tatą zaczęło sie dziać coś dziwnego. Często odciągał syna na bok i przypominał mu, że kiedyś może go zabraknąć. Wtedy wydawało sie to niezrozumiałe. Zdarzało sie to w naprawdę niespotykanych momentach np. podczas gry w piłkę  czy podczas oglądania telewizji. Odciągał go na bok i po prostu mówił. „Coby, nie będę zbyt długo na tej ziemi, więc będę potrzebował, żebyś zajął się mamą. Mam nadzieję że zobaczę jak grasz w koszykówkę w Collegu”. To było jeszcze zanim dowiedział się o chorobie i wyglądał na całkiem zdrowego ale widocznie już wtedy coś podejrzewał. Na Coby’m odcisnęło to duże piętno i do tej pory zastanawia się czy nie miało to wpływu na jego późniejsze decyzje np. o wyborze uczelni. Mimo, że do końca nie wiedział co dzieję sie z jego ojcem rozumiał, że musi pozostać blisko domu dlatego wybrał ofertę UNC i grę dla trenera Williamsa. To bardzo uszczęśliwiło White’a Seniora a tym samym jego syna.

Niedługo po tym w końcu wyjaśniło się o co chodziło. Pewnego popołudnia mama Coby’ego zawołała go do swojego pokoju. Gdy wszedł ona siedziała już na łóżku. Tata z kolei był na zewnątrz w ogródku. Gdy tylko usiadł zaczęła mówić. Z początku nie rozumiał o co chodzi. Zdawał sobie sprawę , że wspólnie próbują poradzić sobie z diagnozą którą usłyszeli kilka miesięcy wcześniej – ojciec Coby’ego miał raka wątroby. Kiedy tak siedzieli mama opowiadała mu o wszystkich testach jakie musiał przejść jego tata i jak się czuje, ale mimo tego, że wypowiadała mnóstwo słów jemu wydawało się jakby nic nie mówiła .

 „Mamo. O co chodzi? Co chcesz mi powiedzieć?” –  powiedział, przerywając jej.

„Rak taty… Coby… On nie odejdzie.”

Mówiła powoli i starannie dobierała słowa.

„I pewnego dnia, wkrótce… ten rak odbierze nam twojego ojca”

Bezsilność

Te słowa totalnie załamały młodego chłopaka, który nie mógł poradzić sobie z bólem jaki towarzyszył mu po usłyszeniu takiej wiadomości. Jedyną reakcją na jaką było go stać w tym momencie był głośny krzyk i uderzenie z całej siły pięścią w ścianę. Od tego czasu wszystko zmieniło się na zawsze. Przez dwa miesiące obserwował jak ojciec staje się coraz słabszy, traci na wadze aż w końcu przestaje samodzielnie chodzić. Najcięższym momentem dla Coby’ego była sytuacja gdy ojciec nawet go nie poznał. Najtrudniejsza rzecz na świecie – gdy patrzysz ojcu w oczy a on nawet cie nie rozpoznaje. Twój bohater, osoba na która zawsze mogłeś liczyć – nie wie kim jesteś.

Donald White zmarł kiedy jego syn miał wziąć udział w Nike Skills Academy. Z lotniska razem z bratem udali sie do domu. Podczas ostatniego pożegnania Coby dosłownie wypłakał kałużę łez. Po raz ostatni miał też okazję „porozmawiać” z tatą. „Kocham Cię tato. Z całego serca. I wiem, że zawsze będziesz ze mną, bez względu na wszystko.” Te słowa już na zawsze pozostaną w głowie chłopaka tak jak litery FMF(For My Father) wraz z datą śmierci ojca wytatuowane na ramieniu

Jak żyć?

Ta historia pokazuje jak skomplikowane na wielu płaszczyznach jest życie i jak wiele rzeczy których nie widać na co dzień wpływa na nasze zachowanie. Kiedy po wygranych i indywidualnie udanych meczach wszyscy oczekiwali od Coby’ego radości, on nie mógł w pełni być zadowolonym. Jego Ojciec, nigdy nie zobaczy jak gra w NBA i nikt nie jest w stanie zrozumieć jak ważne to dla niego było. Pod powłoką sympatycznego, uśmiechniętego młodzieńca skrywany jest ból po utracie najbliższej osoby. Kiedy tracimy kogoś bliskiego wszystko się zmienia. Czas może pomóc ci zmniejszyć smutek ale pozostanie to z tobą na zawsze. To co naprawdę pomogło to rozmowa z ludźmi, którzy przeżyli własne tragedie. Pokazali oni, że nie ma jednego sposobu aby poczuć się lepiej i każdy musi znaleźć własną drogę. Drogą Coby’ego White’a jest kultywowanie pamięci o ojcu. A najlepiej jak może to zrobić to pokazać pełnie swoich możliwości na boisku.

Trzymam kciuki żeby poradził sobie nie tylko na parkiecie ale przede wszystkim w życiu prywatnym. Pomimo tego, że w jego życiu nie ma już tak ważnej dla niego osoby. POWODZENIA COBY!!!

Udostępnij w mediach społecznościowych

Related Post