Wiem, że wpisy na tym blogu miały pojawiać się częściej. Rzeczywistość jednak czasem weryfikuje nasze plany. Nie jest tak, że brak mi tematów – życie z 10-latkiem obfituje w historie, którymi można by obdzielić kilka blogów. Powód jest prosty: codzienność wciąga. Obowiązki, praca, drobne i większe wyzwania. Czasem brakuje chwili, żeby usiąść i spisać to, co warto zapamiętać. A przecież właśnie takie momenty tworzą później wspomnienia, do których wraca się z uśmiechem. Dlatego dzisiaj nadrabiam zaległości – i opowiem o kilku ostatnich wydarzeniach, które mocno zapisały się w naszej rodzinnej kronice.
Nowy pokój – nauka odpowiedzialności w praktyce
Najpierw przyszła pora na przemeblowanie pokoju syna. Wiek dziesięciu lat to już moment, kiedy dziecko zaczyna coraz mocniej potrzebować swojej przestrzeni – nie tylko do zabawy, ale też do nauki i odpoczynku. Przecież od września, to już czwarta klasa. Nowy, ważny etap w edukacji dziecka. Postanowiliśmy więc zrobić małą rewolucję.
Najważniejszym elementem było… porządkowanie. Ale nie takie, gdzie rodzic przejmuje inicjatywę, a dziecko tylko patrzy. Wręcz przeciwnie. To syn był odpowiedzialny za segregowanie swoich rzeczy i zabawek – sam decydował, co zostaje, co odkładamy, a co oddamy dalej. Oczywiście pojawiły się dylematy: „Ale tato, tym samochodzikiem już nie jeżdżę, ale mam do niego sentyment!”. Z jednej strony to nauka rezygnowania z rzeczy, z drugiej – świetna okazja, by uczyć się podejmowania decyzji.
Dla mnie jako ojca najcenniejsze było obserwowanie, jak syn uczy się odpowiedzialności za własny bałagan. Pokój to jego przestrzeń, więc to on musi o nią dbać. Moją rolą było zająć się technicznymi aspektami przemeblowania: przesuwanie mebli, wieszanie szafek czy instalacja biurka. A efekty? Nie tylko więcej miejsca na biurku i półkach, ale przede wszystkim satysfakcja syna, że potrafi sam „zapanować” nad swoimi rzeczami. A przy okazji obudziła się w nim żyłka handlowca i pod domem mieliśmy stoisko do sprzedaży już niepotrzebnych zabawek.
Wyprawa do Irlandii
Niedługo po domowych porządkach przyszła kolej na większą przygodę – podróż do Irlandii na chrzest dziecka przyjacółki. To był nasz mały, rodzinny „projekt logistyczny”.
Najpierw kilku godzinna wyprawa pociągiem do Wrocławia – i już na starcie ekscytacja: przekąski przygotowane, walizki i plecaki spakowane, w głowie lista pytań syna: „A jak długo będziemy jechać?”, „Co będziemy robić przez tyle czasu?”. Na szczęście przygotowane wcześniej książki, gry karciane i zabawki sprawiły, że podróż minęła całkiem szybko.Potem lot do Shannon, gdzie przywitała nas „nietypowa” irlandzka pogoda – mało deszczu, sporo słońca.
Irlandzki ocean i majestat klifów
Dzięki niezłej pogodzie podczas pobytu w Irlandii udało nam się wyrwać na małą wycieczkę w okolice. Trafiliśmy do Lahinch, urokliwej miejscowości nad oceanem, znanej z plaży i surferów. Dla syna to była ogromna atrakcja – szeroka przestrzeń, fale rozbijające się o brzeg i ta charakterystyczna, atlantycka bryza całkiem inna od naszej bałtyckiej. Widziałem, jak chłonie każdy szczegół: muszle zbierane do kieszeni, próby „uciekania” przed falami czy po prostu bieganie po piasku i zdziwienie kiedy przypływ „zjadł” całą plażę.
Kilka kilometrów dalej czekała nas kolejna perełka – Cliffs of Moher. Trudno to opisać słowami. Stojąc na skraju klifu i patrząc na ocean, Czuje się zarówno to jak człowiek jest mały, i jednocześnie jak wielki jest świat. Syn, choć zwykle ruchliwy i gadatliwy, zamilkł na chwilę – to chyba najlepszy dowód, że natura potrafi zrobić wrażenie większe niż niejeden ekran.
Sam chrzest był dla nas pięknym doświadczeniem – spotkanie ze znajomymi, poznanie nowych ludzi i czas spędzony z najmniejszym ale najważniejszym tego dnia małym człowiekiem. W końcu takie uroczystości to nie tylko chwila w kościele, ale i okazja, by być razem.
Zaopatrzeni w pamiątki dla rodziny i przyjaciół mogliśmy wracać. Powrót? Jak zawsze szybciej mija, gdy zostają wspomnienia i świadomość, że warto było podjąć trud podróży.
Kilka myśli na koniec
Czasem łapię się na tym, że życie pędzi tak szybko, że łatwo przeoczyć te małe i większe wydarzenia. A przecież to one budują naszą historię. Dlatego nawet jeśli wpisy na blogu pojawiają się rzadko – każdy z nich to zatrzymanie chwili, do której kiedyś razem z synem będziemy mogli wrócić.
Bo w końcu ten blog ojca to nie tylko notatki dla świata. To przede wszystkim pamiętnik dla nas samych.





