Kwiaty, które się je, i dziecko, które to lubi!


Gdyby ktoś mi jeszcze tydzień temu powiedział, że będę jeść kwiaty i mi to zasmakuje, spojrzałbym na niego jak na kogoś, kto doprawia rosół płatkami róż. A jednak – oto jestem, po sobotnim dniu spędzonym w Dobrzycy. Przypadkowo wpadły mi w ręce zaproszenia na Festiwal Kwiatów Jadalnych więc grzechem było nie skorzystać i tak oto zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy. Tak, to jest coś, co naprawdę istnieje. I tak, naprawdę się tam je kwiaty.

Spacer, który przeszedł oczekiwania – dosłownie

Po dotarciu na miejsce postanowiliśmy rozruszać nogi i odkryć ogrody , które rozciągają się na terenach Hortulusa. I dobrze, że założyłem wygodne buty, bo to nie spacer po trawniku za domem, tylko prawdziwa zielona podróż przez różne zakątki świata. Od Ogrodu Zegarów, przez Ogród Kalendarz Celtycki, magiczny kamienny krąg, aż po Ogrody 4 Pory Roku – każdy miał swój klimat i zapach. Rodzina zachwycona, syn biegał od fontanny do figury, a ja… cóż, robiłem zdjęcia i udawałem, że znam nazwy roślin.

W końcu trafiliśmy na wieżę widokową. I choć z dołu wyglądała na „niską i przyjazną”, to po wejściu na wysokość 20 metrów pięter moje nogi zaczęły rozważać bunt. Ale warto było – widok z góry na całe ogrody i okolicę naprawdę robił wrażenie. Nawet nasz dziesięciolatek na chwilę zamilkł, co uznaję za cud przyrody.

Na deser – dosłownie i w przenośni – zostawiliśmy sobie największy w świecie labirynt grabowy. W teorii miało być śmiesznie i rodzinnie. W praktyce… no cóż, powiem tylko, że przez chwilę byłem pewien, że zamieszkamy tam na stałe. Syn, oczywiście, prowadził nas z absolutnym przekonaniem, że „na pewno tędy!”. Trzy razy wyszliśmy w to samo miejsce, ale ostatecznie udało się znaleźć wyjście – i satysfakcja była ogromna. A może to była ulga? Trudno powiedzieć.

Kwiaty na talerzu? Serio?

W głównym punkcie festiwalu przywitała nas różnorodność barw, zapachów i ludzi, którzy – jak się okazało – z równą pasją hodują kwiaty, co… je jedzą. Pierwsze degustacje wyglądały nieco podejrzanie. Wszędzie dostępne były kwiaty do spróbowania. Czy to do bezpośredniego spożycia lub jako dodatek np. do pizzy. Spojrzałem na syna. On na mnie. Wzruszyliśmy ramionami. Trudno – jesteśmy tu, spróbujmy. I wiecie co? To wszystko miało sens. Kwiaty nie tylko wyglądały pięknie, ale też zaskakująco dobrze smakowały. Syn, który wcześniej kręcił nosem na wszystko zielone, nagle uznał, że „ten czerwony” smakuje zupełnie jak rzodkiewka a „ten różowy” jest bardzo słodki.

Rekordowa zupa, rzeźby w arbuzie i kosmetyki z róży

Jednym z głównych punktów dnia była próba bicia rekordu w gotowaniu największej porcji zupy z kwiatami liliowca zakończona powodzeniem. Niestety nam nie udało się spróbować „efektu końcowego” Całość miała trochę z klimatu pikniku sąsiedzkiego, trochę z programu kulinarnego. Wspólne gotowanie, wielki gar, aromaty unoszące się w powietrzu – a do tego dużo śmiechu i pozytywnej energii. W między czasie odbywały się: pokazy kulinarne połączone z degustacją kwiatowych potraw, wykłady, prelekcje, pokazy florystyczne i carvingu czyli rzeźbienia w owocach. Efekty były bardzo spektakularne a syn nie mógł się nadziwić, że to wszystko wykonano ręcznie w czymś co można zjeść.

Zakupy i konfitury – czyli nasz bagaż

Jak na festiwal przystało, była też strefa zakupów czyli kiermasz z produktami tradycyjnymi i regionalnymi. Można było zaopatrzyć się też w produkty związane z kwiatami jadalnymi. Róznego rodzaju przetwory, musztardy, konfitury a wszystko z dodatkiem kwiatów. I oczywiście strefa dla płci pięknej, choć nie tylko – coś co kobiety opisują jako „absolutnie niezbędne do porannego rytuału”. My zaopatrzyliśmy się w swojski chleb na zakwasie, rożne olejki zapachowe i pielęgnacyjne i pyszne domowe ciasto drożdżowe z porzeczkami. Dużo czasu spędziliśmy też przy stoisku z kamieniami ale niestety nie udało się znaleźć odpowiedniego. Takiego, który pasowałby do znaku zodiaku Olka i był wystarczająco ładny. Chociaż – kamień księżycowy prawie spełnił oba te warunki.

Relaks na zakończenie

Zwieńczeniem dnia był relaks w strefie gastro. Letni klimat, zapach lawendy, muzyka w tle, trawa pod stopami. Usiedliśmy razem, zmęczeni, ale zadowoleni. Syn wciągał ostatni kawałek pizzy z dodatkiem kwiatów, My podziwialiśmy zakupione specjały, i … po prostu świetnie się bawiliśmy. To była jedna z tych sobót, które na początku wydają się nie do końca „moje”, a potem okazują się strzałem w dziesiątkę.

Radosną atmosferę zmącił atak osy na syna, który skończył się aż czterema ukąszeniami. Na szczęście dzięki pomocy innych uczestników festiwalu udało się załagodzić skutki ugryzień. Udostępnione przez miłych państwa maści i lekarstwa okazały się baaardzo pomocne.

Podsumowanie – kwiaty mają moc

Festiwal zaskoczył nas wszystkich – różnorodnością smaków, pozytywną atmosferą i ilością atrakcji. To nie był tylko dzień z kwiatami. To był dzień pełen nowych doznań, śmiechu, odpoczynku, rodzinnych momentów i… jedzenia, które wyglądało jak z obrazka.

Czy wrócimy za rok?
Na 100%.

Udostępnij w mediach społecznościowych

Related Post